Wojciech Ryczer climbing, travel & mountain photographyrajczer@gmail.com

Notatki Kokshaal-Too

Poniższy materiał ukazał się w 17tym numerze biuletynu A/Zero

Przed akcją. Zmiana pogody. 25 sierpnia 2009. 22:30

Noc, dwa dni po upadku Michała. Piąty z siedemnastu dni pobytu w górach. Siedzimy z Waldorfem w namiocie bazowym, pośrodku pustkowia, wpatrując się w zapaloną świeczkę i wsłuchując w beznadziejne odgłosy padającego śniegu. Chmury zeszły nisko i odcięły nas od świata. Jesteśmy w dupie.

Zostawiliśmy kumpla. Dwadzieścia kilometrów i kilka dolin stąd. Samego w jednym namiocie – skromnym ABC -pośrodku skomplikowanej kamienistej moreny, ze skręconą nogą i jedzeniem na trzy dni. Niezdolnego do marszu. Dwa dni wcześniej, podczas pierwszego wyjścia do góry, przewrócił się pod ciężarem plecaka i skręcił kostkę. Nie może na niej stać. Nie wiemy czy będzie mógł zejść o własnych siłach. Pomocy nie będzie, z nikim nie mamy kontaktu – telefon satelitarny kilka godzin temu odmówił posłuszeństwa. Musimy polegać na zobowiązaniu naszego kierowcy Wiktora. Umówiliśmy się, że przyjedzie tu za dwanaście dni.

Michał znajduje się w miejscu, do którego szliśmy dwa dni. Wracaliśmy po kontuzji partnera sprawną dwójką z pustymi plecakami, w idealnej pogodzie przez dziesięć godzin. Zeszliśmy tu po resztę jedzenia i sprzętu. Dziś odpoczęliśmy, prażąc się w słońcu. Był to dzień połowicznego – jedynie fizycznego – relaksu. Przed nami ciężkie jebanie z worami mordercami, w miękkich butach o wodoodporności adidasów w co najmniej dwudziestu centymetrach świeżego śniegu – bo tyle napadało w ciągu kilku ostatnich godzin. Skorupy już wynieśliśmy. Zostały na górze. Pogoda była wyśmienita, a my w swej naiwności nie przewidzieliśmy czarnego scenariusza.

Zażenowany wsłuchuję się po raz kolejny w komunikat Only emergency calls are allowed. Zastanawiam się co się stanie, gdy w razie konieczności poproszę konsultantkę ze Stanów o śmigłowiec na pogranicze kirgisko-chińskie. Na dodatek to właśnie dziś mam drugą rocznicę ślubu. Po miesiącach studzenia małżeńskich relacji skoncentrowaniem na tatrzańskim i alpejskim przedwyprawowym rozwspinie nie mam możliwości wysłania choćby jednego SMSa. Zabraliśmy z Polski pół kilograma elektroniki, którą taszczymy tam i z powrotem, bez żadnego pożytku.

Kolejne wątpliwości budzi lokalizacja naszej bazy. Dojechaliśmy samochodem tak daleko jak się dało. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, określiła tak naprawdę ilość paliwa. Słoweńcy działający w naszej wymarzonej dolinie rok wcześniej rozbili się cztery godziny wyżej. Pół dnia marszu okupili nadłożeniem drogi samochodem, by ominąć bagna. Mieli również dwa pojazdy, przydatne w przypadku offroadowych nieprzyjemności. My, w celu ‘optymalizacji’ kosztów, zrezygnowaliśmy jednogłośnie z dodatkowego samochodu, świadomie decydując się na gorsze położenie. Tak jesteśmy pół dnia w plecy, co przy wahadłowym taszczeniu wora przekłada się na dwa dni straty. Cóż, tu jesteśmy i tu mamy wrócić za niecałe dwa tygodnie. Krótko. Nie wiem czy będziemy w stanie coś zdziałać, nawet gdy stan nogi Michała umożliwi mu samodzielny powrót.

Uświadamiam sobie, że radość związana z eksploracją nowego miejsca ustąpiła miejsca ciągłym niepokojom. Od samego początku nie było lekko. Ustalenie terminu ciągnęło się bezlitośnie. Negocjacje z agencją nie napawały entuzjazmem – nie byliśmy pewni czy będzie nas stać, czy przeszkody logistyczne pozwolą nam tu dotrzeć. Kolejne trudności spotkały nas w Biszkeku. Plecak zgubiony przez linie lotnicze skradł nam jakże cenne dwa dni. W końcu dotarliśmy w piękne i dzikie góry i… porażka goni porażkę. Jedyne, o czym marzę, to to byśmy znaleźli się w bazie w komplecie.

Po akcji. Powrót. 5 września.

Z uczuciem zmęczenia oswajam się od dwóch tygodni.

Trzy dni temu stanąłem z Waldorfem na szczycie dziewiczej góry. Nie było widoków i łez radości. Wyczerpani po długim wspinaniu, cholernie zimnym biwaku i ciągnącej się w nieskończoność grani pragnęliśmy, podczas powrotu ze ściany, jednego: znaleźć się jak najszybciej na dole. Nie pomagały nam opad, pyłówki, dwudniowe zmęczenie. Mimo niedogodności sprawnie spłynęliśmy linią zjazdów. Zrobiliśmy porządną górska drogę. Do  namiotu dosnuliśmy się drugiego dnia akcji, o północy.

Michał podleczył kostkę. Wystarczająco, by kuśtykać, ale niewystarczająco, by się wspinać. Dzielnie stawiał czoła słabej sytuacji. Wspierał nas bazowo i mentalnie, częstując naszą czerstwą dwójkę dowcipem – niekiedy dość surrealistycznym, opowieściami o sąsiedniej dolinie, którą odwiedził, otwierających się szczelinach i lawinach, których niefrasobliwie doświadczył jako niezrealizowany zdobywca – samotny eksplorator.

Dziś drugi dzień zejścia na dół. Wracamy ‘do domu’. Wczorajszym celem, marzeniem Michała kiblującego od dwóch tygodni pośród kamieni i śniegów, było dotarcie do pierwszych traw. Nie udało się, doszliśmy do miejsca, w którym mieliśmy ABC. O siedemnastej, trzy godziny przed zmrokiem rozpadał się śnieg, odpuściliśmy…

Poranek był pogodny. Wstaliśmy późno. Pakowaliśmy się nieśpiesznie, kradnąc ostatnie chwile odpoczynku. Zwlekaliśmy… być może przeczuwaliśmy niekończącą się przygodę. Wyruszyliśmy przed południem i szliśmy osobno w półgodzinnych odstępach. Snułem się ostatni. Zmęczony towarzyszami, skoncentrowany na własnym kroku, osłabiony zagadkowymi dolegliwościami żołądka. Dużo fotografowałem, odpoczywałem co godzinę, by odetchnąć od ciężkiego wora stopującego na każdym, choćby najmniejszym podejściu. O trzynastej zaczął padać śnieg. Z początku niewinny później zamienił się w śnieżycę.

Mam wrażenie, że jestem w kompletnie innym miejscu. Dwa tygodnie temu maszerowaliśmy w skwarze, dziś podążamy w nieprzyjaznej zimowej scenerii.

Biel zmienia perspektywę. Przed trzema dniami, podczas śnieżnych męczarni na grani szczytowej, brak punktów odniesienia związany z chmurami i śnieżycą sprawił, że straciłem skalę. To, co miało być kilkunastometrowym wzniesieniem, okazywało się zaspą na trzy kroki. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie zmierzamy. Grań ciągnęła się kilkaset metrów na północ, z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy, oglądając ją wyłącznie z południowej perspektywy. Nie byłem pewien, czy jestem na szczycie. Waldorf zachował przytomność, by lakonicznie oznajmić – z kilkudziesięciometrową zwłoką : „To tu jest szczyt”.

Kolejny kłopot z orientacją miał miejsce kilka godzin później. W trakcie zejścia musieliśmy zabrać plecak ze sprzętem skalnym i biwakowym pozostawiony po wyjściu na grań. Ładne przedpołudnie nie wróżyło nadchodzącego załamania pogody, więc nie oznaczyliśmy miejsca w żaden szczególny sposób. Tymczasem śnieg zasypał ślady i … mieliśmy różne opinie odnośnie dalszej drogi. Po chwili wahania podjęliśmy dobrą decyzję. Zjechaliśmy wprost do plecaka.

Idę sam. Z tyłu zostawiłem morenę i kilka kilometrów kamienistego koryta uśpionej rzeki. Starannie wybieram najprostszą drogę. Chłopaki są z przodu, nie mamy kontaktu wzrokowego. O ich obecności świadczą jedynie częściowo pozawiewane ślady, które mijam od czasu do czasu. Punktem, do którego zmierzam, jest zdeponowane dziesięć dni temu jedzenie i gaz na ostatni dzień zejścia. Skład zostawiliśmy u wylotu poprzecznej doliny, w którą skręcimy. Niestety, w nowej scenerii mam problemy z orientacją. Włączam GPS, wynik zaskakuje. Znajduję się dziesięć metrów od depozytu.

Spotykamy się pięćdziesiąt metrów dalej. Michał i Waldorf czekają, schowani za wielkim głazem. Podczas chwili odpoczynku zastanawiamy się nad dalszym planem: z biwakiem czy non-stop? Trzy godziny do zachodu słońca, pięć więcej do celu. Jutrzejszy dzień chcemy przeznaczyć na odpoczynek i pakowanie – kierowca ma się pojawić kolejnego ranka… wygrywa opcja non-stop.

Dalszą część dnia będziemy iść razem. Zdajemy sobie sprawę, że rozdzielanie się na wieczór nie jest najlepszym pomysłem. Skręcamy w ujście doliny formujące głęboki wąwóz. Podążamy jego stromym brzegiem, ścieżką kóz, którą znaleźliśmy podczas wahadłowego transportu sprzętu. Jest wąziutka, budzi szacunek optymalnym poprowadzeniem między pagórkami i co najważniejsze – wyprowadzi nas na zwalisko kamieni, pozwalające na bezpieczne pokonanie kanionu. Sprawnie przechodzimy na jego drugą stronę. Skorzystanie z koziej ścieżki wybawiło nas z opresji, przekraczanie rzeki w górze doliny byłoby większym problemem.

Przestaje padać, chmury ustępują i przejaśnia się dopiero teraz, pod koniec dnia. Wystające spod śniegu końcówki traw połyskują w promieniach zachodzącego słońca. Miękkie barwy zachęcają do dalszej wędrówki… niestety na krótko. Po zmroku ponownie snujemy się w odstępach. I choć nikt z nas nie ma pary, to Waldorf prowadzi przez większość drogi, narzucając tempo. Jest dla mnie zbyt szybkie co niemiłosiernie mnie wkurza. Po dniu marszu z bardzo ciężkim worem, dodatkowo osłabiony dolegliwościami żołądka, nie mam już sił.

Zmieniamy ‘taktykę’. Michał idzie krok za mną, na zamek, pilnując odpoczynków i zagadując dla podniesienia nastroju. Porusza absurdalne tematy. Ledwo go słyszę, nie mam ochoty gadać, brakuje mi sił na odpowiedź.  Przy kolejnym postoju zrzucam wór. Psycha siadła kompletnie. Czemu on musi być tak ciężki?! W furii częstuję plecak serią kopnięć, co wywołuje zdziwienie na twarzach towarzyszy.

Po kolejnych godzinach męczarni, wciąż przed północą, meldujemy się na płaskowyżu. Pokonaliśmy 400 metrów podejścia. Przed nami cztery godziny po względnie płaskim terenie, godzina zejścia do naszej doliny, potem rzeka i do upragnionego namiotu… nieubłagane konsekwencje żółwiego tempa: 1,5km/h. Na przystanku chowamy się przed wiatrem w cieniu samotnego highballa. Jest minus piętnaście stopni Celsjusza. Klimatyczna pełnia księżyca. Jasno prawie jak w dzień. Wiatr ucichł, widoki kosmiczne. Gotujemy izostary w kubku jetboila iluzorycznie rozgrzewając dłonie. Z ust Michała pada lekarskie pytanie:

– Jak się czujesz?

– Jest w porządku – odpowiadam – mogę jeszcze długo iść, byle nie szybko i na płaskim.

– Jesteś pewien – sprawdza – ludzie w ten sposób umierają z wyczerpania.

– W Alpach z Krzyśkiem i Marcinem wspinaliśmy się 15 godzin, kolejne 15 schodziliśmy – nie trafiliśmy do schroniska… Nie umrę. Mogę jeszcze długo iść… byle nie szybko.

***

Dotarli do namiotu o 3:30 nad ranem. W żółwim tempie 1,5km/h.

W wyprawie wzięli udział Michał Kasprowicz (UKA), Rafał „Waldorf” Zając (KW Wrocław) i Wojtek „Rajczer” Ryczer (KWW/UKA).

Owocem wyjazdu są dwie nowe mikstowe drogi:
Z-K (D+, 600 m) na Piku Plaza (4912 m n.p.m.)
Nordic Walking (AI5/5+, M4 z miejscem M5, 1000 m, dwa dni) na północnej ścianie dziewiczego Piku Granitsa (5370 m n.p.m.)

Wyjazd został dofinansowany przez Polski Związek Alpinizmu, któremu serdecznie za to dziękujemy. Podziękowania kierujemy również do sponsorów – firm HiMountain, Kingston, Maw Telecom oraz Monkey’s Grip. Dziękujemy również wszystkim osobom, które wsparły nas organizacyjnie i informacyjnie, zwłaszcza Paulowi Knottowi (New Zealand Alpine Club), kolegom z Sekcji Grotołazów Wrocław oraz Gosi Biczyk.

 

25 sierpnia 2009, 22:30. Sypie. Wieczór rozmyślań.

25 sierpnia 2009, 22:30. Sypie. Wieczór rozmyślań.

 

2 września 2009. Rafał „Waldof” Zając maszeruje pod cel główny – Pik Granitsa.

2 września 2009. Rafał „Waldof” Zając maszeruje pod cel główny – Pik Granitsa.

 

Waldorf pod trudnościami.

Waldorf pod trudnościami.

 

3 września 2009. Około godz. 13. Śnieżyca. Waldorf na szczytowej grani Granitsy.

3 września 2009. Około godz. 13. Śnieżyca. Waldorf na szczytowej grani Granitsy.

 

5 września 2009. Podczas śnieżnej odysei.

5 września 2009. Podczas śnieżnej odysei.

 

6 września 2009. 2:39 nad ranem. Godzina do namiotu.

6 września 2009. 2:39 nad ranem. Godzina do namiotu.

 

Comments are closed.